(baśń prowansalska)
Alali była rybaczką i córką rybaka. Ojciec jej utonął podczas sztormu, musiała więc sama zdobywać chleb dla siebie i matki. A jak mogła go zdobyć, jeżeli nie połowem ryb? Przecież jej niczego innego nie nauczyli. Natomiast w starej łodzi ojca czuła się jak w domu. Morze w pogodny dzień było takie piękne. Fale mieniły się zielenią, błękitem, srebrem, wodę ze wszystkich stron obejmowało bezchmurne, bezdenne niebo. Alali nieraz przywoziła więcierze pełne ryb. Wszystkie jej połowy zabierał kucharz z zamku, płacąc tyle, ile sam wyznaczył. Lecz Alali z matką wystarczyło i to; zresztą nigdy by nie potrafiła stawiać się czy targować.
Kiedyś książę Bertrand, pan Prowansji, jechał konno brzegiem morza, sam, bez świty, tylko z dwoma ulubionymi psami. Słońce jeszcze nie całkiem zaszło na wodzie, na niebie czerwieniały smugi światła. Książę jechał wolno, rozkoszując się letnim wieczorem i samotnością. Nagle w trzcinach coś plusnęło, jakiś głos, niezwykle dźwięczny i świeży, zaśpiewał piosenkę znaną w tych stronach. Psy ujadając dopadły przybijającej do brzegu łodzi. A w łodzi Bertrand zobaczył młodziutką rybaczkę. Poznała go, ukłoniła się. Z opalonej twarzy spojrzały na niego wielkie, świetliste, niebieskozielone oczy. Takich oczu nie widział nigdy; prowansalskie kobiety są ciemnookie i ciemnowłose.
- Masz oczy koloru morza - powiedział. - I śpiewasz jak syrena morska. Kim jesteś?
- Książ, jestem Alali, rybaczka. Łowię ryby dla książęcej kuchni.
- Dlaczego ty? Wyglądasz jak wątła trzcinka. Nie może tego robić ojciec?
- Ojciec utonął podczas sztormu. A ja tylko tak wyglądam, bo w rzeczywistości jestem silna.
I na dowód swoich słów wyciągnęła z dna łodzi więcierz z rybami, a był bardzo ciężki i musiała wlec go po piasku. Bertrand powiedział:
- Czekaj. Pomogę.
- Wasza wysokość, robię to co dzień. Przecież książę nie może się trudzić dla rybaczki.
- Właśnie że może.
Zszedł z konia, podrzucił więcierz i przytroczył go do siodła sznurami, które miała Alali. Szli obok siebie po piasku, a psy sunęły przy nodze, przyjaźnie merdając ogonami. Bertrand sam sobie się dziwił. Rozpieszczony, samolubny, nie interesował się na ogół innymi ludźmi - nic dziwnego, takie było wychowanie książąt. Owszem, wymagano od nich rycerskości dla kobiet, ale przecież nie dla rybaczki. A jemu ta rybaczka ni stąd, ni zowąd wrosła w serce. Co prawda, miała niezwykłe oczy.
Kiedy już się zbliżyli do chatki, stojącej samotnie poza opłotkami wsi, Bertrand zatrzymał konia, odwiązał więcierz.
- Dam ci coś na pamiątkę, piękna dziewczyno. Żebyś myślała o mnie.
- Nie trzeba, wasza wysokość. Ja i tak nie zapomnę.
Nie słuchając jej, ściągnął z małego palca pierścionek.
- Popatrz, ten kamień to akwamaryna, czyli "woda morska". Barwy twoich oczu, Alali.
Popatrzyła i krzyknęła z podziwu. Czy to naprawdę kropla morskiej wody w cieniuśkiej pajęczynie złota? Przezroczysty kamień mieni się zielono i niebiesko, a czasem płonie jakby nikłym czerwonym ogniem.
- Książę, twój dar jest wspaniały, ale nie mogę go nosić. Gdzie? W tej chacie? Na połowach?
- Poczekaj trochę, a będziesz mogła. Niedługo usłyszysz o mnie.
Wsiadł na konia i odjechał. Psy na pożegnanie przyjaźnie szczeknęły. A ona stała bez ruchu z pierścionkiem w zaciśniętych dłoniach, serce waliło jej mocno.
"Czy to sen? - myślała. - Książę... A jaki piękny, jaki dobry i rycerski. Niby sam rycerz Bajard z legend, które opowiadała matka..."
Oczy jej zamgliły się łzami. Ale roboty w chacie było za dużo, żeby się rozmarzać. Z westchnieniem przeciągnęła na podwórko ciężki więcierz z rybami.
A Bertrand? Wrócił na zamek, otoczyli go dworacy i służba, do wieczerzy śpiewało mu dwóch pieśniarzy przy dźwiękach lutni, wszyscy uśmiechali się do niego przymilnie, wszyscy łowili w lot najdrobniejsze jego życzenia. Dzisiaj nudził się w tej gromadzie pochlebców, ciągle świeciły przed nim niebieskozielone oczy Alali.
- Akwamaryna - szeptał - akwamaryna...
Myślał o niej cały wieczór i pół nocy, a obudził się nieprzytomnie zakochany. Na jego rozkaz służba zawezwała ochmistrza.
- Mości ochmistrzu - powiedział książę - czy znasz młodą rybaczkę imieniem Alali? Tę, co dostarcza nam ryby do zamku.
- Za pół godziny będę ją znał, wasza wysokość.
- Mieszka za opłotkami wsi. Pójdziesz i przyprowadzisz ją do mnie. Al dopiero po zachodzie słońca - dodał z westchnieniem - bo ona cały dzień jest na połowie.
I tego samego wieczora skwapliwy ochmistrz przyprowadził Alali do zamku. Szła jak na ścięcie. Czy rozgniewała czymś Bertranda? Co ją czeka? Stary ochmistrz, który życie swoje spędził w służbie panów Prowansji, zetknął się już z niejednym książęcym kaprysem; przewidując, że los wyniesie młodziutką rybaczkę wysoko (choć na krótko), prawił jej wyszukane komplementy, których nie rozumiała, i zapewniał o swoim oddaniu, co uważała za kpiny. Przecież tak jeszcze nikt do niej nie mówił.
Przez zwodzony most weszli na pierwszy dziedziniec zamku. Był ogromny, na nim odbywały się turnieje i zapasy, nazywano go więc dziedzińcem rycerzy. Saboty Alali stukały o kamienny bruk. Drugi podworzec, okolony krużgankami nazywał się dziedzińcem trubadurów, bo tutaj w ciepłe wieczory śpiewali i grali na lutniach. To wszystko było tak olśniewające, że biedną rybaczkę ogarniała coraz większa trwoga.
W przedsionku tłoczyli się oficerowi gwardii książęcej, głośno rozmawiając i śmiejąc się. Kiedy ochmistrz wprowadził Alali, zaległa cisza. Wszystkie oczy wpiły się w dziewczynę z palącą ciekawością. Ze strachu dostała zawrotu głowy, aż ochmistrz musiał ją podeprzeć.
Później szła przez jakieś cudowne sale, nic nie widząc, nic nie rozumiejąc. W pewnej chwili usłyszała szept ochmistrza:
- Dygnij pięknie, moja mała.
Dygnij! Skąd rybaczka umiałaby dygać? Lecz ręce ochmistrza oparły się delikatnie na jej ramionach; straciła do reszty głowę i uklękła. Kiedy podniosła oczy, ochmistrza już nie było, a przed nią stał uśmiechnięty książę.
- Jak tam dzisiejszy połów? Czy udany?
- Udany, wasza wysokość.
Jednym zręcznym ruchem podniósł ją z klęczek.
- Chciałbym, żebyś przestała pracować nad siły. Rozumiesz, Alali? Żebyś miała piękne sukienki i wszystko, czego zapragniesz. Żebyś przeniosła się na zamek.
- Przecież i tak będę łowić ryby wyłącznie dla waszej wysokości.
- Pal licho ryby. Dam ci najlepszych nauczycieli. Zrobię z ciepie prawdziwą perłę. A wtedy, Alali, wtedy odbędzie się nasz ślub, będziesz moją żoną, panią Prowansji.
Alali tylko mrugała akwamarynowymi oczami. Była nadal na pół przytomna. A książę jeszcze raz wezwał ochmistrza i półgłosem wydał mu kilka rozkazów, z których uchwyciła tylko jeden: natychmiast poprosić Damę Florę. Potem książę znów uśmiechnął się do Alali, ochmistrz lekko pociągnął ją za rękę i usłyszała, że ma ją zaprowadzić do specjalnie przygotowanych komnat.
Dama Flora, o której mówił Bertrand, była kiedyś wychowawczynią książęcych sióstr: po ich zamążpójściu została na zamku jako starsza frejlina, opiekunka i kierowniczka młodych panien dworskich. Książę liczył się z doświadczeniem Damy Flory i dlatego powierzył jej swoją narzeczoną: niech ją nauczy wytwornych manier. Resztę mają zrobić odpowiedni nauczyciele - tańca, śpiewu, muzyki, konnej jazdy. O czytanie i pisanie (zwłaszcza dla dziewcząt) w owych czasach nie dbano.
Dama Flora po rozmowie z księciem aż pobladła ze złości. Nędzna rybaczka będzie panią Prowansji? Doprawdy, ci wielcy panowie miewają takie niesmaczne zachcianki. Żoną księcia powinna zostać jej piękna córka Żermena. Czyż Bertrand nie tańczył z nią na balach, czy na jednym z turniejów nie walczył pod jej barwami? Jednakże teraz trzeba się przyczaić, a w odpowiednim momencie zniszczyć głupią przybłędę.
Tymczasem na rozkaz Damy Flory służebne wykąpały Alali, namaściły ją pachnidłem z róż, ubrały w srebrną sukienkę i srebrne pantofelki. Jasne jej włosy przystroiły czepkiem z pereł.
Ciągle na pół przytomna, pozwalała robić ze sobą wszystko, tylko gdy wsunęły jej na palce kilka bogatych pierścieni i chciały zdjąć skromną akwamarynę, sprzeciwiła się nieśmiało. Przecież to pierwszy dar księcia, pięknego księcia, który od razu stał się dla niej kimś najdroższym na świecie. Podniosła rękę do ust i nieznacznie pocałowała ukochany kamyk.
Po chwili weszły dwie dostojne osoby: Dama Flora oraz piękna Żermena. Gdyby ich wzrok mógł zabić, śliczne srebrne zjawisko w perłowym czepku już leżałoby nieżywe.
- Matko - syknęła Żermena - dlaczego mnie nie uprzedziłaś, że ona aż tak wygląda.
- Sama o tym nie wiedziałam... Ale baczność, ściany mają uszy. Zostaw wszystko mnie. Niech pójdzie za mną - rozkazała Dama Flora, zwracając się do Alali w sposób więcej niż uprzejmy. - Nasz pan chce ją wiedzieć.
Bertrand czekał w tej samej komnacie, w której przed godziną rozmawiał z Alali. I on też spojrzał na nią ze zdumieniem, nie dowierzając własnym oczom. Ta dziewczyna nawet w łodzi rybackiej, nawet w łachmanach wydawała mu się najpiękniejszą z kobiet, jakie znał, lecz teraz, w oprawie srebrnej sukni i klejnotów jej uroda olśniła go jak coś czarodziejskiego.
Ale zaraz spostrzegł Damę Florę, która po kilku dygach wyprostowała się i popatrzyła na nich złym świdrującym wzrokiem. Nachmurzył brwi.
- Powiadomiłem już panią o naszym rychłym małżeństwie. Jutro dowie się o nim cała Prowansja. Ma pani opiekować się moją narzeczoną i okazywać jej wszelkie względy jako przyszłej księżnej Prowansji. Nie daruję najmniejszego uchybienia. A teraz jest pani wolna.
Dama Flora po kilku ponownych dygach wyszła, gryząc wargi ze złości. A książę wziął rękę Alali i poszukał małego pierścionka.
- Cieszę się - powiedział - że nosisz akwamarynę, choć ją przyćmiły okazalsze klejnoty.
- Książę, dla mnie to najdroższy klejnot.
- Więc kochasz mnie? To dlaczego jesteś smutna?
- Myślę o mojej matce - westchnęła Alali. - Nigdy nie rozstawałyśmy się. Czy pozwolisz nam się widywać?
- Jutro zabierzemy ją na zamek. Niech czuwa nad tobą.
I nazajutrz z rana Alali wspaniałym powozem odwieziono do matki. Stara kobieta bardzo się ucieszyła ze świetnego losu, który spotkał jej jedynaczkę, a mimo to nie chciała przenieść się na zamek.
- Tam nie miejsce dla mnie. Co taka stara wieśniaczka jak ja ma robić na książęcym dworze?
- Mamo, przecież i ja jestem wieśniaczką.
- Ale książę cię kocha, będziesz jego żoną. Wtedy nie zapomnij o wieśniaczkach. Staraj się im pomóc. Niech książę wie od ciebie o ich ciężkim życiu. A mnie zostaw w mojej chatce. Pod ten dach weszłam jako panna młoda, tu chcę zamknąć oczy.
I nie uległa najczulszym namowom córki. A tego samego dnia z zamku wysłano dwa wozy odzieży, tkanin, naczyń, sprzętów, które przeobraziły nędzną chatkę w zasobny i wygodny domek. Stara kobieta myślała:
"Widać, że kocha moją Alali. Cóż, książęta nieraz żenili się z pastuszkami..."
Na zamku już cały zastęp szwaczek pracował nad wspaniałą suknią ślubną, w kuchni ostrzono noże i gromadzono zapasy na wspaniałą ucztę, a książęca oblubienica pilnie uczyła się pięknych manier, tańca, śpiewu. Musiała być bardzo uzdolniona, bo w krótkim czasie różnił ją od innych kobiet na zamku chyba jedynie blask niezwykłej urody. W letnie wieczory przed zachodem słońca jeździła z księciem konno na cudownych karych wierzchowcach, bez świty, tylko z przyjaznymi psami - chartami, które były jej drogie jako pamiątka pierwszego spotkania. Siadali na brzegu, wpatrzeni w płomienny zachód. Dziewczyna śpiewała, jak kiedyś w łodzi, naturalnie nie wyuczone kunsztowne pieśni, ale rybackie śpiewki, szczególnie jedną:
Czy to smukłe drzewo rośnie na wydmach?
Nie, to czeka mój miły, mój najmilszy...
I Bertrand, choć rozpieszczony występami najsłynniejszych trubadurów,
niezmiernie polubił te śpiewki i głos Alali. Zresztą był zakochany po
uszy, więc nieustannie zachwycał się. A na zamku otaczały ją
pochlebstwa, słodkie uśmiechy, słodkie słówka, nawet Dama Flora i
Żermena ukrywały swoją nienawiść pod maską oddania. Naiwna Alali
uwierzyła w ogólną życzliwość, w to, że ją wszyscy kochają.Wśród swoich różnorodnych zajęć nie zapomniała o matce. Żeby uniknąć ceremonialnego odwożenia karetą, cichcem wychodziła z zamku i biegła ścieżkami do chatki nad morzem. Czy mogła przeczuć, że właśnie to ściągnie na nią nieszczęście?
Dama Flora i Żermena wyśledziły, że co dzień o jednej porze, kiedy zamek zapada w poobiednią drzemkę, Alali wymyka się boczną furtką i biegnie w stronę morza. Oczywiście wiedziały, do kogo, jednakże uchwyciły się pozorów. I otóż na tydzień przed ślubem Dama z westchnieniem i udawaną rozpaczą powiadomiła księcia o zdradzie jego oblubienicy, która w domu matki co dzień spotyka się ze swoim dawnym narzeczonym. Nie dość, że spotyka się, lecz jeszcze zamierza z nim uciec, zabierając wspaniałe dary Bertranda, szczególnie klejnoty. Dama Flora zdołała nawet znaleźć współwinowajcę Alali. Był to młody wiejski nicpoń, włóczęga, leń; za hojnym wynagrodzeniem obiecał przyświadczyć, że Alali się z nim spotyka, że przyrzekła mu swoją rękę i serce.
- A jak książę każe mnie zamknąć? - wahał się jeszcze nicpoń.
- To ja cię uwolni - oznajmiła Dama Flora. - Uciekniesz z pieniędzmi. Pomyśl, już do końca życia będziesz bogaty.
I nicpoń uwierzył. Czy mógł nie uwierzyć tak dostojnej osobie? Wyrecytował przed Bertrandem wszystko, co mu kazała, wyrecytował gładko jak wyuczoną lekcję; nagle zacharczał i upadł bez życia na podłogę. To Dama Flora, wybornie znając się na truciznach, uraczyła go tuż przed posłuchaniem u księcia zatrutą czarą wina. Wolała nie ryzykować i pozbyć się niebezpiecznego świadka. A książę nagłą śmierć nicponia przyjął jako zemstę losu. Zemstę na zdrajcy, który jemu, Bertrandowi, śmiał wyrządzić krzywdę.
Lecz została Alali. Ta zapłaci za swoją podłą zdradę! Bertranda ogarnął ciężki, palący gniew.
- Niech pani każe ją zamknąć w wieży wschodniej i pilnuje sama. Nie chcę jej widzieć. Ale przypominam pani o należnych względach.
Bertrand dodał to jakoś bezwiednie; widocznie mimo wściekłości, zazdrości, urażonej dumy nie przestał kochać.
Dwóch strażników pod dowództwem Damy Flory z Żermeną poprowadziło Alali przez komnaty pełne dworzan. Patrzyli na nią szyderczo, ze złośliwą uciechą, a przecież nie dalej jak przed paroma godzinami mieli dla niej zachwycone spojrzenia i komplementy.
"Ani jednej przyjaznej twarzy - myślała. - Nienawidzą mnie."
Strażnicy na rozkaz Damy Flory zaciągnęli dziewczynę nie do wieży wschodniej, ale do ponurego podziemia. Światło ledwie mżyło przez zakratowane okienko. W kącie leżał wiecheć gnijącej słomy.
- Książę kazał cię traktować z należnymi względami - parsknęła Dama Flora. - I robię to. Właśnie takie względy należą się nędznej rybaczce, oszustce.
I zerwawszy z Alali jedwabną suknię, pantofelki, pierścionki, narzuciła na nią stary worek, szarpnęła raz i drugi za włosy i zostawiła samą w ciemnej, zimnej piwnicy.
Żermena zaśmiewając się wyszła za matką. Drzwi zazgrzytały.
- Przecież nic nie zawiniłam - jęknęła Alali. Za co to wszystko?
Milczenie. Krople wilgoci ciekły po ścianach, w lochu było duszno, zimno, brudno, ciemno. Co za kontrast z poprzednim luksusem na zamku! A najstraszniejsze, że ukochany uwierzył w oszczerstwa Damy Flory. Alali zasłoniła usta ręką, żeby nie krzyczeć. I nagle drgnęła. Jej wargi musnął pierścionek z akwamaryną, przeoczony przez dręczycielki. Dla Alali był to jakby znak od dawnego kochającego Bertranda; na chwilę poczuła otuchę. Lecz potem...
Upływały godziny, a może dni - Alali straciła rachubę czasu. Była głodna, zziębnięta, półprzytomna z wyczerpania. Czy ma umrzeć? Lepiej umrzeć niż tak cierpieć. Tuląc do ust pierścionek szeptała imię Bertranda, wreszcie zanuciła przerywanym głosem:
Czy to smukłe drzewo rośnie na wydmach?
Nie, to czeka mój miły, mój najmilszy...
I zaczęło się czarodziejstwo: oblany łzami, okryty pocałunkami
pierścionek zsunął się z jej palca, przemienił w niebieskozielonego
ptaszka, zatrzepotał chwilę pod kratami okienka i wyfrunął z lochu.
Tymczasem na zamku wrzało od plotek. Podawano sobie z ust do ust
możliwe przypuszczenia. Dama Flora z córką puszyły się jak pawice, a
książę był niewidzialny. Zamknął się w jednej z komnat i nie chciał
nikogo przyjąć. Miotały nim na przemian wściekłość i rozpacz.
Rozpieszczany od kołyski, niecierpliwy, gwałtowny, pyszny, nie umiał
stłumić gniewnych uczuć, żeby zastanowić się spokojnie, czy to wszystko
ma sens i czy Alali naprawdę jest winna. Pokochał ją od razu, od
pierwszego spojrzenia, i tak samo od razu uwierzył, że go oszukała. Ale
źle mu było bez jej uśmiechu i akwamarynowych oczu; miotał się po
sypialni jak szalejący żbik.
Nagle coś zatrzepotało w oknie, coś przysiadło na parapecie, ćwierknęło
i zaniosło się dźwięcznym trylem: mały niebieskozielony ptaszek. Takich
ptaszków nie widywano w tej okolicy. Barwne kraski, o wiele zresztą
większe, nie świergotały tak ślicznie, a śpiewne kosy, wilgi, słowiki
nie miały tych mieniących się kolorów. I dziwna rzecz, Bertrand trochę
się uspokoił. Usiadł na ławie wpatrzony w niebieskozielonego ptaszka, a
ta chwila spokoju, pierwsza po długich godzinach wzburzenia i rozpaczy,
pozwoliła mu wsłuchać się uważnie w srebrzyste ćwierkanie. Nie, to nie
było ćwierkanie. Ptaszek wyraźnie śpiewał melodie pięknych rybackich
piosenek, które na brzegu morza śpiewała Alali. I ciągle wracał do tej
najpiękniejszej:
Czy to smukłe drzewo rośnie na wydmach?
Nie, to czeka mój miły, mój najmilszy...
Bertrand poczuł łzy pod powiekami. Serce w nim zmiękło i złagodniało.
- Ptaszku, znałeś Alali. Prawda?
-
Jesteś szalony i niesprawiedliwy - powiedział ptaszek ludzkim głosem. -
I do tego głupi. Czy nie wiesz o intrygach twojego podłego dworu? Do
widzenia. Bądź nadal głupi i okrutny, zniszcz własnymi rękami swoje
prawdziwe szczęście.
- Ale kim ty jesteś?
- Akwamaryną - ćwierknął ptaszek i już go nie było.
A Bertrandowi jakby zasłona opadła z oczu; zobaczył w myśli Alali w
całym blasku młodości, miłości, urody i obok niej Damę Florę z
odrażająco fałszywą twarzą. To ona, to niewątpliwie ona oczerniła Alali.
A on, szaleniec, od razu uwierzył. Racja, że jest okrutny i głupi.
Kiedy Bertrand wyszedł ze swojej sypialni, wyglądał jak groźna chmura i
dworzanie zamarli ze strachu. Dama Flora z Żermeną zaczęły wycofywać
się ku drzwiom, ale osadził je na miejscu krótkim rozkazem:
- Idziemy natychmiast do wieży wschodniej.
Żermena udała, że mdleje, ponieważ jednak nikt nie zwrócił na to uwagi,
potulnie podreptała za matką. A kiedy się wyjaśniło, że w wieży
wschodniej Alali nie ma, że zamknięto ją do lochu, Bertrand aż zsiniał z
gniewu.
- Hej, straż! - krzyknął. - Zaprowadzić te dwie kobie kobiety do miejskiego więzienia. Niech czekają na sąd.
I wyszarpnął Damie pęk kluczy.
Zaczęła błagać, usprawiedliwiać się, zarzekać, zaklinać, ale nic nie
pomogło i razem z córką została zawleczona do więzienia. Bertrand stał
chwilę z bijącym sercem, wreszcie zazgrzytał kluczami w zardzewiałych
drzwiach i wszedł do lochu.
Ogarnęły go ciemności, odór wilgoci, chłód. Dopiero po chwili zobaczył
więźniarkę, leżącą bez ruchu pod zakratowanym okienkiem. Była
przeraźliwie blada i wydawało mu się, że nie żyje. Ale otworzyła oczy,
wyciągnęła do niego ręce, błysnąwszy pierścionkiem z akwamaryną.
Ukląkł przy niej.
- Przebacz mi, jeżeli możesz - powiedział. - Kocham cię. I wyniósł ją z lochu.
Ten piękny zamek, choć nadszarpnięty przez czas, wieki całe ściągał
rzesze turystów. A przewodnicy, kiedy byli w dobrym humorze, opowiadali
legendę o pierścionku Alali, ukochanej żony księcia Bertranda.
Natalia Gałczyńska

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz